Zakładki:
Ulubione strony Magi
Ulubione strony Michala
Zaprzyjaznione blogi
|
środa, 07 czerwca 2006
nasze typy na mundial
Nasze Typy na mundial
Już po sesji..
Byliśmy dziś w parku i ustalalismy nasze typy na mundial (inaczej
by mi sie nie udało zmusić Michała do lezenia na kocu w miejscu publicznym, co
prawda tutaj jest to znacznie bardziej powszechne niż w Polsce i cały park był
wypełniony ludzmi, w wiekszosci studentami i wiekszosci w strojach kapielowych,
chyba ze mulzumanie i zajadajacych mieso z mini grilli, ktore poprzynosili ze
soba).
No wiec jesli chodzi o
faze grupowa, to typujemy nastepujaco (juz nie bede podawala wynikow wszystkich
poszczegolnych meczow, ale tak, obsawilismy je):
GRUPA A- Identycznie:
Niemcy, Polska
GRUPA B- Anglia, Szwecja,
tez tak samo
C- Michal:
Argentyna, Holandia, Ja: Holandia, Argentyna
D- Portugalia, Meksyk
E- Czechy, Wlochy
F – Brazylia, Chorwacja
G- Oboje na pierwszym
Francja, na drugim ja Korea, Michal Szwajcaria
H- Ja Ukraina, Hiszpania,
Michal- Hiszpania, Ukraina
Czyli bez jakis
specjalnych niespodzianek. Zaszalelismy w dalszych rundach. Kazdy gral juz
tylko wedlug swoich typow i tak:
Wg mnie: Niemcy pokonaja Szwecje, Anglia Polske,
Czechy Chorwacje, Brazylia Wlochy, Holandia Meksyk, Argentyna Portugalie,
Francja Hiszpanie, Ukraina Koree
A wg Michala: pokonaja
Niemcy Szwecje,Anglia Polske, Chorwacja Czechy, Brazylia Wlochy, Argentyna
Meksyk, Portugalia Holandie, Francja Ukraine, Hiszpania Szwajcarie.
Dalej w cwiercfinalach:
Wg mnie: Niemcy eliminuja
Holandie, Czesi Francuzow, Argentyna dokopuje Angolcom, Ukraina zalatwia
Brazylieà tu po raz pierwszy dala sie odezwac moja slowianska dusza, ktora wczesniej
bez litosci wyeliminowala Polske.
Natomiast wg Michala:
Argengtyna eliminuje Niemcy, Francuzi Czechow, Portugalczycy Angoli (cos ich
chyba nie lubimyJ), a Hiszpanie Brazylie (Brazyli tez cos nie
lubimy, ale przyznajmy ze zabawa nie jest nawet w polowie tak fajna, jak jest
Brazylia i wiadomo ze wygra. Wiec ja wyeliminowalismy).
W polfinalach: U mnie
przedwczesny final, dazylam do pieknego slowianskiego starcia w finale, ale
niestety ktos musial odpasc: Ukraina. Argentyna odpada w meczu z Niemcami, zeby
slowianie mogli w finale im dokopac.
U Michala chyba troche
bardziej prawdopodobnie: Argentyna eliminuje Portugalie, a Hiszpanie Francuzow.
Obie zwycieskie druzyny to Michala czarne konie. Kto wygra?
W finale, wg mnie
oczywiscie Czesi miazdza Niemcow. W latynoskim goracym finale Michala po
ciezkiej walce puchar zdobywa Argentyna.
I tak to doszlismy do
naszych faworytow: ja Czechow, Michal Argentynczykow. I co sie okazuje? PO
powrocie do domu czytam na onecie, ze po przeprowadzeniu symulacji za pomoca
gry fifa world cup, wygrywaja Czesi!!!!!!!!!!!Teraz oboje obstawimy po zlotowce
naszych faworytow. Na expekcie w tej chwili za zlotowke postawiona na agentyne
mozna dostac 9 a za zlotowke na Czechow 31 zeta!
No, postawilam. I to dwa
zeta. Moge wygrac 6 dych.A Michal tylko 18 zl.
Teraz jak sie okaze ze wszystkie moje typy sie sprawdza, to bede miala dowod w postaci tego blogu i wezma mnie do telewizji zamiast Darka Szpakowskiego.
sobota, 13 maja 2006
o rety, jestesmy slawni.
dopiero pizmak, moja siostra, powiedziala mi, ze nasz blog byl w gazecie i ze jakies komentarze sa. wiec po pierwsze- wiem ze dawno nic nie pisalam, ale naprawde mamy oboje ciezki okres, duzo pracy i nauki. po sesji obiecuje nadrobic zaleglosci....hmmmmczyli w czerwcu...ale lepszy rydz niz nic! po drugie pozdrowienia i podziekowania za komentarz dla ciebie marku! milo wiedziec ze znajomi jeszcze tu czasem zagladaja. michal twierdzi ze do ciebie napisze, ale obawiam sie ze zdazyles juz go poznac pod tym smutnym wzgledem- sam fakt, ze ma taki zamiar jeszcze nic nie znaczy. w kazdym razie milo bardzo ze cos napisales. obawiam sie ze fragment o rzyganiu byl moj, nie spodziewalam sie ze pisze tekst do publikacji na forum calego kraju...na szczescie i tak sie mocno cenzuruje na tym blogu i nie puszczam zadnych posepnych kawalkow o moich przezyciach wewnetrznych (w kazdym razie sie staram). - wszystkim pozostalym ktorzy zechcieli przeczytac i skomentowac naszego bloga tez dziekuje- zawsze to bardzo mile, nawet jesli czlowiek skonfrontowany jest z przykra prawda na swoj temat:))) naiwna i idealistyczna maga
ps ogolnie to pozytwne wzmocnienie w postaci nieoczekiwanej slawy dodalo mi sil do prowadzenia bloga dalej. ale na razie naprawde nie mam czasu.
sobota, 01 kwietnia 2006
jesli wejdziesz miedzy wrony, musisz krakac tak jak one...
Po 7 miesiacach zycia w Anglii przejelismy pewne angielskie zachowania, a pewnych jakos nie mozemy sobie przyswoic. Oto male podsumowanie.
Nauczylam sie:
- wpieprzac non stop
tosty. Na poczatku to byla koniecznosc, bo najtanszy chleb jest tostowy i nie
bardzo sie go da jesc bez otostowania. Teraz to juz nalog. Mmmm, toscik z dzemem,
albo z jajkiem na miekko...Bez tostera jak bez reki.
- pic herbate. Nie wiem,
to jest po prostu w powietrzu. Ciagle chce sie pic herbate. Choc musze przyznac
ze nie do konca przekonalam sie do picia herbaty po angielsku czyli z mlekiem
(po naszemu bawarka). Jestem herbaciana minimalistka, bo cytryny i cukru tez
nie uznaje. Ale jak jestem w pracy to pije z mlekiem, raz ze to wiecej kalorii,
a potrzebuje tam duzo energii, dwa ze chyba by mnie potraktowano jak
zbrodniarke gdybym sobie nie wlala mleka. Podobno byla taka gosciowka, ktora
zawsze wiedziala, czy do kubka najpierw nalano herbate czy mleko- przeczytalam
to w moim angielskim podreczniku od statystyki. Chorzy angolce...
- mowic do wszystkich
lacznie z profesorami na ty, do kazdego mowic „Hi” i tytulowac listy do obcych
ludzi po ich imieniu. Na poczatku mialam pewne opory, ale szybko mi przeszlo.
Bardzo to wygodne.
- korzystac z dwoch
kurkow, jednego z lodowata, drugiego z wrzaca woda. PO prostu korzystam z
jednego, albo sie parze, albo mroze, w zaleznosci od nastroju. Dobrze ze
chociaz mamy jedna sluchawke prysznicowa, serwujaca przewaznie umiarkowana
wode. W tej chwili trwa narodowa na temat zmiany dwoch kurkow na jeden ze
wzgledow bezpieczenstwa (dzieci i staruszkowie czesto sie parza) . W narodzie
jest oczywiscie duzy opor przed tym dziwnym pomyslem.
- jesc
pelno baked i jacket potatoes
- jesc trifle. Tego sie zreszta
nie trzeba uczyc. To jest instynktowne.
- rozmawiac o pogodzie.
Bardzo poreczny temat. No a w tym kraju zawsze jest o czym. Wiecie, czasem
slonce, czasem deszcz. Nie nauczylam sie:
- jest solonego masla.
Pfuj.
- jesc jagnieciny,
mietowego sosu i mietowych czekoladek. Jesc wszelkeigo rodzaju pies, czyli
takie jakby placki z kruchego lub francuskiego ciasta wypelnione np potrawka z
kurczaka albo nerkami albo czyms w tym rodzaju. Jeszcz mashed potatoes, peas,
carrots, parsnips itp. Czyli rzadkiego puree z wlasciwie wszystkiego. No
wlasciwie lekko zmiksowana marchewka z pietruszka, czosnkiem, tymiankiem i
maslem jest calkiem niezla. Jesc baked beans, ble. Jesc wiekszosci ich
ulubionych potraw. Ale moze to i dobrze zwazywszy na ich gabaryty.
- mowic „Are you alright?”
do obcych ludzi w calkowicie dla mnie absurddalnych okolicznosciach. Sensownie
reagowac na pytanie : „are you alright?” zadane przez obcego czlowieka w
absurdalnych okolicznosciach.
- uprawiac binge
drinking, czyli upijac sie do nieprzytomnosci najlepiej piwskiem i rzygac do
rynsztoka a potem oferowac swoje uslugi seksualne pierwszej napotkanej osobie.
- chodzic do smierdzacych
pubow i pic piwsko w celach rozrywkowych.
- pojac ze ze chodzenie
do smierdzacych pubow i picie tam piwska sluzy celom rozrywkowym.
- prawidlowo stosowac a i
the. Jak to mawiala moja babcia, zeby nie te der die das, byliby juz Niemcy z
nas.
- pokazywac swojego
golego brzucha.
Michal zatrudnil sie u Hussaina
Niedawno wrocilam z
pracy, zrobilam obiad (tarta cebulowa)- dzieci z przedszkola nie odebralam, bo
sobota ani nie zgarnelam sprzed telewizora, bo nie mamy telewizora. Dla
scislosci dzieci tez nie. Ale jakos tak mi to dorosle zabrzmialo i dzieci by
jeszcze pasowaly. No coz, chyba jednak jak na razie wystarczy dokladania sobie
tych kamieni na plecy. Bo Michal ma nastepna prace. Opiekuje sie Hussajnem.
Niestety Ishtakiem, nie Saddamem, ale i tak robi wrazenie. Znalazlam takie
ogloszenie ze facet z uszkodzeniem mozgu potrzebuje kogos do prostego programu
rehabilitacyjnego i sama sie chcialam zglosic, ale potem sie dowiedzialam, ze
potrzebne jest doswiadczenie tego typu no i ze facet ma 53 lata, jakos glupio
tak panience sie takim zajmowac (jak mowi moja mama, na pewno by mnie zgwalcil).
No ale jak Michal zobaczyl ze placa 8 funciakow za godzine, to stwierdzil ze to
chce, wiec mu wypelnilam aplikacje, potem poszedl na interview blabla no i prosze. Dzisiaj mial
pierwszy dzien. Jak to od razu zycie jest prostsze jak sie ma jakies
doswiadczenie zawodowe, kogos od kogo mozna wziac referencje i jak sie okazalo
CRB check, czyli potwierdzenie niekaralnosci- to kosztuje z reguly pracodawce
kilkadziesiat funtow i trzeba czekac z miesiac, wiec jak Shahina sie
dowiedziala, ze Michal juz to ma, byla zachwycona. No a praca jest chyba spoko.
Michal chodzi do nich do domu, który jest bardzo ładny i ma sliczną słoneczną
werandę i piękny ogród i siedzi z tym facetem. Na razie specjalnie nic nie
robił, ale gosciowka ma nakupowane roznych rzeczy do rehablitacji i Michal
bedzie to z facetem robił. Czyli praca prawie nie fizyczna, dobrze płatna i
mozna sie czegoś ciekawego nauczyc i zdobyc nowe doswiadczenia. Troche zaluje
ze to nie ja, ale mysle ze nie mialabym szans jako dziewczyna, bo Ishtaka i tak
szlag trafil jak Michal poszedl z nim do kibla, wiec co dopiero ja. Facet ma
afazje Broca, przynajmniej tak wnioskuje, bo nie moze prawie mowic, ale podobno
rozumie co sie do niego gada. Ale mysle, ze uszkodzenia, jak zwykle to jest, sa
rowniez w innych regionach mozgu, bo ma niedowlad obu rak (afazja Broca jest
spowodowana uszkodzeniem lewej polkuli, co skutkowaloby niedowladem prawej
reki, jesli wiec ma tez niedowlad lewej reki, znaczy ze uszkodzona jest tez
prawa), poza tym ogolnie nieduzo kapuje i nie za dobrze mysli, ma depresje i
zmiany osobowosci. Wiec piec dni w tygodniu siedzi w takim osrodku , bo jego
zona musi pracowac, a na weekend wraca do domu i caly czas lazi za Shahina, i
jak mowi Michal, ona ma juz troche go dosc. Ironia losu, bo facet przed
wypadkiem (nie wiem co to bylo, ale podejrzewam udar- bo facet duzo pracowalà wiec sie pewnie stresowal, jest tlusty i w odpowiednim wieku no i jest
facetem- u mezczyzn udar mozgu jest chyba najczesztsza przcyzyna smierci, a jak
nawet nie zabije, to uszkodzi mozg, facet i tak mial szczescie bo mogl byc
sparalizowany, ech, panowie w tym wieku, nie jedzcie tlusto, nie palcie i nie
pijcie alkoholu, bo skonczycie na lasce i nielasce waszych zon, ktore nie
zawsze traktowalisci dobrze) mial wlasny biznes i podobno non stop pracowal, a
teraz coz...bedzie mial szczescie jesli uda mu sie jako tako komunikowac z
otoczeniem. Sorry ze sie tak wymadrzam, ale to niesamowite moc jakos zastsowac
to, czego sie uczylo w praktyce, spotkac przypadek czegos, co sie zna tylko z
ksiazek. Np. jak sie dowiedzialam, ze Alice- jedna z babc u mnie w pracy, nie
ma czucia w rekach, domyslilam sie ze ma zawal rdzenia kregowego (spinal cord
infarction, nie jestem pewna czy to dobrze przetluamczylam na polski). Jest to
dosc strszne, bo w ogole nie czuje sie bolu a ni temperatury, wiele z takich
osob ma okrutnie poparzone i poranione rece, akurat Alice nie. No i bardzo
ciezko jest manpulowac rekami, bo nie ma sie informacji zwrotnej w postaci
czucia- troche tak jak w grze komputerowej kiedy sie porusza reka i np cos
chwyta. W kazym razie z tego powodu Alice ma gigantyczne sztuce, tylko takie
jest w stanie utrzymac w rekach- poza tym ze widzi je w swoich dloniach, nic
jej nie mowi, ze naprawde je trzyma!!! No musze powiedziec ze zdiagnozowalam
jeszcze kilka przypadkow, ale nie bede sie juz przechwalac ani przynudzac. Aha, jeszcze dodam ze u tego Hussaina Michal pracuje tylko pare godzin w tygodniu, wiec nie rezgnuje z Longford.
czwartek, 23 marca 2006
mam prace (wreszcie!)
Dwa tygodnie temu
zaczęłam pracę w Brookfield View- to jest taki sam dom dla dziadków jak
Michała, ale trochę bliżej naszego domu, na szczęście. Moje perypetie związane
z dostaniem tej pracy same w sobie byłoby długo odpisywać, podobnie jak moje
pierwsze wrażenia. Ale szczerze mówiąc jestem bardzo zmęczona i nic mi się po
pracy nie chce. Więc krótko- jako że pracuję jako bank staff (czyli ktoś kto
przychodzi na zastepstwa, albo jak nie mogą nikogo znależć- bardzo dużo mają
takich sytuacji), mam wypłaty co tydzień i dziś otrzymałam pierwszy pay slip,
czyli jakby potwierdzenie tego ile zarobiłam. Więc 110 funtów! Za 22 godziny
pracy. Tj. po odliczeniu podatku. Było to strasznie miłe uczucie. W sumie
pierwszy raz zarobiłam pieniądze w liceum na pisaniu historyjek do „Sekretów
Serca”, a potem pracowałam jako przewodnik na wystawie, ale jednak dopiero
teraz mam wrażenie, że „naprawdę” pracuję i „naprawdę” zarabiam. Byłam z siebie
dumna do czasu rozmowy z Cherell (nie wiem czy tak to się pisze), która pracuje
w BV jako care assistant od półtora roku. A wcześniej pracowała w innym jeszcze
domu, a wcześniej jako kelnerka, a wcześniej w pubie, a wcześniej jeszcze
cośtam. I ma 20 lat... Z drugiej strony patrząc po sobie nie uważam, żeby osoby
młodsze ode mnie powinny pracować- tj. że miałoby im to służyć. Jednak jest się tak zmęczonym i
tak się nic nie chce, że jest duże prawdopodobieństwo zaniedbywania nauki i
czegoś w rodzaju cieszenia się życiem w młodości.
Wczoraj okazało się po raz kolejny jak dobrze mój mąż
mnie zna. Otóż siedziałam przed komputerem i coś na nim robiłam, a pewnym
momencie wydałam z siebie coś w rodzaju radosnego kwiku. A Michał na to:
- Co, znalazłaś na emulu
Anię z Zielonego Wzgórza?
Rzucił to tak sobie- ale
wyobraźcie sobie że miał rację!!! Naprawdę nie wiem jak to zrobił- nie miał
pojęcia co robię, nie mówiłam też wcześniej nic w rodzaju „ciekawe czy na emulu
jest Ania z ZW”- prawdę mówiąc pomysł ten przyszedł mi do głowy zaledwie na dwie
sekundy przed jego wykonaniem. Ale Michał twierdzi, że dźwięki jakie z siebie
wydaje w kontekście Ani albo Emilki są bardzo charakterystyczne.
Mam taki pomysł, który
pewnie jak 90% moich pomysłów nie zostanie wcielony w życie- ale przyjemnie
bawić się na razie taką myślą- że za część mojej pierwszej tygodniowej wypłaty
kupię sobie coś, co przetrwa wiele lat i co w końcu pokażę naszym dzieciom jako
pamiątkę lat na dorobku. Musi być to coś ładnego, niedużego, co z łatwością
przetrwa dużo czasu. Jak biżuteria...Z drugiej strony znacznie praktyczniej
byłoby wreszcie kupić aparat cyfrowy, o którym myślimy od dawna. Moglibyśmy
sobie wtedy zrobić jakąś specjalną sesję zdjęciową i te zdjęcia dzieciom
pokazywać....
Spędziłam miłe półgodziny
na przeglądaniu katalogu Argosa (jest wielkości książki telefonicznej i jest w
nim wszystko poza może jedzeniem). Szczerze mówiąc najbardziej mi się spodobała
ogrodowa wielka drewniana balia z podgrzewaną wodą, w której można brać gorące
kąpiele pod gwiaździstym niebem, ale kosztuje 5 tysięcy funtów.
niedziela, 12 marca 2006
jak sprzątac, to sprzątać
Dokonałam małej
rewolucji w procesie sprzątanie naszego mieszkanka. Odkąd to ja zajmuje się
sprzątaniem, zaczęłam czerpać z tego pewną przyjemność. To znaczy sprzątania
dalej nie lubię „jako takiego”- Michał mówi, że jak już sprzątam to bardzo
dobrze, ale mam małe problemy motywacyjne. Najbardziej nie lubię sprzątać
kuchni, dlatego że za każdym razem kiedy to robię odkrywam jakieś oblesne
miejsce, które przypuszczalnie nie widziało światła dziennego od kilku lat no i
oczywiście muszę je posptrzątać i pamiętac o nim nastęnym razem (na szczeście
takie miejsca wymagają sprzątania tylko raz na jakis czas, przynajmniej wg
moich standardów). Niedawno np. odsunęłam kuchenkę, kiedy indziej spędziłam pół
godizny waląc tłczkiem do mięsa w przerośnięty lód z zamrażarki (czy tego czegoś
co nazywamy zamrażarką a jest wielkośći pudełka od butów). Ale miało być o
przyjemnościach sprzątania i o małej rewolucji. Tak więc moje małe przyjemności
to właśnie usprawnianie procesu sprzątania i utrzymywania porządku-
zainstalowałam specjalny gruby worek na drzwiczkach na reklamówki, które
zuzywamy na worki na smieci, wstawiłam do szafy plastikowe pojemniki na gacie i
skarpety Michała- na moje już mi ni starczyło, ale ja nie klnę każdego ranka
bezskutecznie usiłując znaleźć czyste gacie, itp.. No a teraz zarąbałam
prawdziwego Hooovera z Launderette!!!!
Żeby docenić to udogodnienie
należy poznać kilka ogólnych faktów na temat angielskich mieszkań. Otóz
większość z nich zamiast normalnej podłogi, którą można przejechać mopem albo
ścierą wyłożona jest taką dywanowatą wykładziną, takim nie wiem czym, no taka
wykładzina, ale nie PCV tylko tekstylna, z reguły w kolorze niebiesko
szarym. Jest to straszny syf, bo nie
mozna tego porządnie oczyścić, wszystko się do tego przykleja, przyciąga kurz i
roztocza i ogólnie jest to że tak powiem historyczny zapis wszystkiego co się
wdanym mieszkaniu robiło. Do czyszczenia tego czegoś otrzymalismy froterkę, urządzenie,
które ja widziałam tylko w filmach, a Michał u babci Jasi 15 lat temu. Jest to
połączenie obracającej się szczotki, która zgarnia (teoretycznie) kurz i inne
rzeczy do pojemniczka, a wszytsko to nadziane na kij- i można sobie z tym tak
jeździć po pokoju i froterować. Skuteczność jest bardzo niska, dodam że w każde
frotnięcie tzreba włożyć sporo siły, bo będzie zerowa i przeciętnie żeby jako
tako oczyścić kawałek wykładziny tzreba po nim przejechać kilka do kilkunastu
razy. Tak więc jak wyfroteruję całe mieszkanie (oprócz kuchni i łazienki gdzie
mamy wykładiznę PCV), to jestem naprawdę zmęczona.
Tak więc gdy pewnego
dnia zobacyzłam dziewczynę maszerująco przez nasze podwórko z odkurzaczem,
natychmiast postanowiłam, że muszę go zdobyć. Rozumowałam, że jedyne miejsce
gdzie ten odkurzacz może się znajdować to Launderette- czyli pralnia (jest też
tam biuro Changowej i kanciapa Brendy). A dodam, że jest to dość straszne
miejsce. Znajduje się w piwnicy, jest bardzo ciemna i ponura. Kiedy się
wchodzi, tzreba chwilę pochodzić w ciemności, żeby czujniki wykryły twoją
obecnośc i zapaliły ponre, blade światło. Jest tam bardzo brudno, a kiedy
pralka lub suszarka są uruchomione wydają dośc straszne, monotonne dźwięki.
Zawsze kiedy robię pranie czuję się jak w thrillerze- wiecie taki motyw, młoda
babka robi pranie w piwnicy bloku i wtedy przychodzi tam psychopatyczny
morderca i ja zabija, ona krzyczy, ale nikt nie słyszy, bo maszyny głośno
pracują. Tak więc robienie prania wieczorem to niezły hardkor, jesli się ma
trochę wyobraźni i akurat jakiś nieznany ci mężczyzna, który tak naprawdę to
jest studenciakiem, który też tu mieszka, ma jakiś interes w Launderette. Ale
dzisiaj nie czułam się jak w thrillerze, ale jak w powieści dla dzieci, które
myszkują po tajemniczym domu i znajdują tam jakieś czarodziejskie rzeczy. Byłam
zdeterminowana znaleźc przeklęty odkurzacz, ale po obejściu całej pralni,
zajrzeniu do ponrych zawalonych dziwnymi rzeczami pomieszczeń i pocałowaniu w
klamkę innych, które były zamknięte, trochę straciłam nadzieję- aż tu nagle-
tak!- jeszcze jedne drzwi. O dziwo nie były zamkniętę na klucz i o dziwo w
pomieszczeniu można było zapalić światło. A tam- o cudzie- dziesiątki różnego
rodzaju mioteł, zmiotek, mopów, środków czystości, wiader a także trutek na
szczury, o których wolałam nie mysleć. Były tam też, przysypane warstwą mioteł
dwa przedmioty,które zaliczyłam do rodizny odkurzających a także przepiękna,
nowiutka, prosto ze sklepu czerwona froterka!! Kiedy indziej wiele bym za taką
dała, ale dziś postanowiłam iśc na całość i zwinąć odkurzacz. Modele były dwa-
jeden wyglądał na szalenie skomplikowany, miał dziesiatki przycisków i pokręteł
i się nazywał Vapour cośtam, więc uznałam, że jeszcze popsuję i będzie. Drugi –
bydle, które ostatecznie wytaskałam z kanciapy był to klasyczny Hoover datowany
na jak sadzę lata 70. Do współczesnych
odkurzaczy ma się jak stary walkman do iPOda nano, a do mojej froterki jak
wypasiony rotweiler do zasuszonego ratlera. Sylwetka podobna, tyle, że do kija
przyczepiony jest spory worek, do którego zbierają się kurze, a podstawa jest
bardzo duża i ciężka. No i mam oczywiście kabel, co oznacza, że jest napędzany
na prąd a nie na mnie. Więc podniecona przytargałam ciężkiego bydlaka do domu i
uruchomiłam. Jego potężny silnik wydawał równie potęzny odgłos przypominający
wycie, a kiedy go wyłączyć rzęził jeszcze z minutę. Można było go przesuwać
tylko w jedną stronę, ale ostatecznie udało mi się wypracować metodę kopniaków,która
umożliwiła mi w miarę bezwysiłkowe pozbycie się jakiś 70% niechcianych i
widocznych paprochów z dywanu. Co do niewidocznych to przypuszczam, że maszyna
nie tlyko nie wyczyściła z nich wykładziny, ale dodała trochę swoich trzydziestoletnich
bakterii. Ale co tam, czego oczy nie widza, tego sercu nie żal. Jak dla mnie to
jest czysto.
A co do tytułu, to
nawiązuje on do znakomitej anegdoty opowiedzianej na zajęciach z logiki na UW
przez dr W. Na jakiejś konferencji logików pewien profesor mówi tak: „Niby się
mówi, że za pomoca tautologii nie można przekazać nowych informacji, ale jak do
mnie zona mówi „Albo sprzątamy albo nie sprzątamy. Jak sprzątamy, to sprzątamy,
a jak nie sprzątamy, to nie sprzątamy!”, to ja bardzo dobrze wiem, co ona ma na
myśli.
środa, 01 marca 2006
Bernie
O Bernie wiele się już
tu pisało, ale chyba warto powrócić raz jeszcze do tematu tej barwnej postaci-
chyba jedynej spośród carerów, która swoim świrowaniem dorównuje staruszkom.
Bernie jest najprawdopodobniej najbardziej leniwym pracownikiem Longford. Kiedy
tylko może, wyleguje się na kanapie, rozwala się na fotelu i ogląda telewziję,
zjada jedzenie dziadków. Przy łóżku każdego dziadka jest taki dzwonek, za
pomocą którego staruszkowie w razie potrzeby (lub bez potrzeby – np. co każde
dziesięc sekund jak Gladys Dawson) mogą wezwać carera. Dzwonek się nie wyłączy
dopóki jakiś carer go nie wyłączy za pomocą takiego specjalnego klucza, który
ma zawsze przy sobie. A dzwięk jest badrzo irytujący. Bernie znalazła jednak na
to sposób- zwykle strąca dzwonek ze stolika, tak, żeby dziadkowie nie mogli po
niego sięgnąć i wraca do swoich zajęć- czyli ogladania tv. Dodatkowo Bernie nie
może pojąć, że dziadkowie w większosci mają poważne problemy z pamięcią, nie
bardzo kapują i nie rozumieją co się do nich mówi, mylą im się różne rzeczy i
przewaznie bredzą. Należy po prostu im przytakiwać i udawać, że się kupuje lub
uważa za naturalne to, co mówią- a przede wszystkim- nie kłócić się z nimi, bo
nie ma to najmniejszego sensu. Ale nie Bernie. Kiedy tylko któryś dziadek
wymruczy:
- Zabierz mnie do domu.
Muszę już wracać.
Bernie wściekle zaczyna
wrzeszczeć:
- Do jakiego domu?
Mieszkasz tutaj, nie masz żadnego domu.
Na to dziadek oburzony:
- Co ty mówisz,
przecież ja mieszkam w Wytenshawe.
Na co Bernie czerwona
ze złości:
- Wytenshawe jest 10
mil stąd! Przestań pleść takie bzdury!
I tym podobne.
Z Bernie nie warto
zadzierać, bo- jak twierdzi- jak była w
szkole pobiła swojego nauczyciela i zamknęła go w szafie. I pomimo tego, ze ma
zaledwie 1,50 wzrostu, można sobie to wyobrazić. ------------ Wiesc z ostatniej chwili- Michal wlasnie wrocil do domu i opowiedzial ze dzisiaj przyszla babka z Head Office ochrzanic Bernie. Otoz corka Sida, kiedy go odwiedzala uslyszala jak Pinkie prosi Bernie o zrobienie jej herbaty, a Bernie jej na to: - Shut up Pinkie, I'm having my break, fuck off. Dodam ze byla to swego rodzaju constant break. W kazdym razie corka Sida doniosla na Bernie do Head Office i Yvonne przez godzine ochrzaniala Bernie. Efekt byl taki ze Bernie sie wsciekla, po wyjsciu Yvonne oswiadczyla pozostalym ze jak tak to oni dzis nie pracuje, do konca dnia nie ruszyla palcem, za to caly dzien opisywala co zrobi jak spotka corke Sida- te suke na miescie bez swiadkow....
Co nowego u Mike’a da Costy
Ostatnim numerem Mike’a
Da Costy było nawianie przez drzwi pożarowe. Ukradł klucz, wykorzystał chwilę
nieuwagi carerów i dał chodu. Jedyną osobą, która go zauważyła, była Ellen
(staruszka ,o której Michał mówi, że jest najbardziej przytomną osobą w
Longford). Natychmiast poinformowała o ucieczce Michała, który wypadł do ogrodu
w poszukiwaniu swojego podopiecznego. Po kilku minutach znalazł go na szczęście
dłubiącego nogą w ziemi. Piszę ostatanim numerem - bo być może Mike już więcej
nic w życiu nie spsoci. Ostatnio źle się czuł, był markotny i nawet nie miał
siły robić durnych kawałów, co bardzo wszystkich zaniepokoiło. Po wizycie
lekarz zalecił zabranie Mike’a do szpitala. Pojechał z nim Michał- tym razem
nie karetką, ale taksówką, co oznaczało, że musiał wsadził Mik’ea razem z jego
wózkiem do wozu, potem wysadził, zabrać do szpitala, znależć właściwe miejsce i
wytlumaczyc o co chodzi. Jak, że angielskie szpitale są dkosnale zorganizowane,
a Mike był zbyt słaby by myśleć o ucieczce, poszło mu nawet łatwo. Zaczęło się,
kiedy pięlęgniarka chciała dać Mike’owi kroplówkę i Mike zobaczył igłę. Błyskawicznie wstąpiły w
niego nowe piekelne siły i skopał pielęgniarki, a rękami przewrócił stolik.
Dopiero przy pomocy Michała, który trzymał Mike’a za ręce i jedną nogę oraz dwóch pielęgniarek, który
trzymały drugą nogę, udało się zamontować Mike’owi kroplowke i korzystając z
okazji, pobrać krew do badania. Potem przyszedł lekarz i zlecił badanie
rentgenowskie. Wraz z nim przybyło dwóch szpitalnych byczków, którzy schwycili
Mike’a w swe silne ręce i zabrali na rentgena, zapewniająć Michała, że z
łatwością sobie z Mike’em poradzą. Po pół godzinie po Michała zeszła
pielęgniarka prosząc o pomoc- Mike nie tylko nie pozwolił sobie zrobić zdjęcia,
ale też zdemolował salę do robienia rentgena. A przecież powiedział, że wie, że
to dla jego dobra! Pytali się Mike’a i mu tłumaczyli: „Mike, teraz zrobimy to a
to. Zgadzasz się?” Na co Mike: „Okay”.
No to robili. A wtedy Mike, buch jedną łapą, buch drugą i zaczyna kopać. Na to
oni: „Ale Mike, to dla twojego dobra, rozumiesz?” –„Yeah. Okay” Mike na to i
trach pielęgniarkę z kopyta. Na to oni: „Ale Mike, musisz nam pozwolić, to nie
będzie bolało”. Na co Mike: „Nie ma sprawy. Tylko gdzie to jets podajcie mi to.
Gdzie oni to dali. Ten facet mi to zabrał”. Na co staff medyczny; „Ale o kim ty
mówisz Mike? O co ci chodzi? Czego szukasz” A Mike: „ Co dzisiaj na obiad?
Dlaczego tak długo tu siedzimy. Muszę wracać do roboty.” I tak dalej.
Michał tylko się
uśmiechnął, założył kaftan powstrzymujący promieniowanie i mocno przytrzymał
Mike’a- i wreszcie zrobiono tego rentgena.
Potem do szpitala
przyjechała mocno zaniepokojona córka Mike’a, którą Michał starał się trochę
rozweselić opowiadając o róznych wyczynach Mike’a, oraz o tym jak w Longford
ogłoszono konkurs o honorowy puchar Mike’a DaCosty dla tego, komu uda się zdjąć
Mike’owi jego sztuczną szczękę nie tracąc przy tym zębów lub palców. Ostatni
raz kiedy widziano ją poza ustami Mike’a pływała w jego zupie.
Ale w końcu przyszła
lekarka z niedobrymi wieściami. Nikt nie potrafil znaleźć bezpośredniej
przyczyny osłabienia Mike’a, który teraz, zmęczony walką, spokojnie leżał w
szpitalnym łóżku. Lekarka stwierdziła, że jest to najprawdopodbniej kolejne
stadium Alzheimera i że nie należy oczekiwać że będzie lepiej- tylko że będzie
gorzej. I że być może nie warto sztucznie przytrzymywać go przy życiu, tylko
lepiej pozwolić mu odejśc. Kiedy patrzyło się na nieruchomo leżącego, milczącego
Mike’a w szpitalnej piżamie, można było w to uwierzyć. Ale, myślał Michał,
przecież lekarka nie widziała go pół godziny temu, z jaką brawurą walczył i jak
udało mu się pokonać samodzielnie kilka osób. Nie, Michał nie wierzył, że to
już koniec Mike’a. Mike powróci. Pokaże jeszcze wszystkim.
Mike po tej wizycie
pozostal już w szpitalu. W Longford wszyscy na początku, tak jak Michał,
sadzili, że Mike tak łatwo się nie podda. Z drugiej strony wiadomo też, że im
dłużej pozostanie w szpitalu tym ma mniejsze szanse. Bo staryszków atmosfera
spzitalna, zamiast leczyć, zabija.
The Smokers- Malcolm
Malcolm – Malcolm jest
bardzo wysoki i silny, a do tego bardzo agresywny. Kopie i potwornie przeklina
(być może pod tym względem ustępuje tylko Peggy, który z powodu swojego anit
social behaviour i abusive language jest odizolowana od innych dziadków), co
sprawia że np. Paula (care officerka) boi się w ogóle do niego zbliżać. Przy
tym, bardzo negatywnie wpływa na niego uprzejme zachowanie- od razu węszy
podstęp i zaczyna się zachowywać jeszcze gorzej. Jest też bardzo agresywny
wobec kobiet i nie pozwala się im dotykać.Tak więc stosunkowo najlepiej radzi
sobie z nim Bernie, która jak wiemy jest mistrzem anti spocial behaviour.
Pewnego dnia kiedy Malcolm (1.90) jak zwykle się awanturował i odmawiał
wszelkiej współpracy, Bernie (1.50) wystąpiła do przodu, podciągnęła rękawy,
zacisnęła pięści i wrzasnęła ze swoim irlandzkim akcentem:
- Chcesz się bić? Co,
chcesz na solówę? Boksujemy się? Co, Malcolm?
Żebyście widzieli jak
ten potężny mężczyzna skulił się w sobie, spuścił głowę i momenatlnie
spotulniał.
Do jego ulubionych
przekleństw (mniejszego kalibru) należy powoływanie się i przywoływanie Boga.
Zawsze kiedy Malcolm krzyczy:
- For God’s sake. Oh,
God almighty itd.
Bernie
odpowiada z wściekłością:
- I ‘ve
told you million times, Malcolm, the bloody man is not fuckin’here!
The Smokers- Maria
Maria- ulubionym
zajęciem Marii jest awanturowanie się o jedzenie: jesli Maria na sniadanie
zamawiała tosta z masłem, mozna być pewnym, ze po przyniesieniu jej rzeczonego
tosta z masłem oświadczy że nigdy nie chciała tosta z masłem, tylko z
dżemem i że zawsze jej przynoszą nie to
co trzeba (co w tej sytuacji w sumie jest prawdą). Michał znalazł na Marię
sposób:
- Maria, jak myślisz,
czy ja ci szykuję śnaidanie? No nie. Ja biorę talerz z kuchni z napisem Maria i
ci go podaję. Czy ja mam wpływ na to co ci dają do jedzenie? Nie mam. Więc czy
to rozsądne żeby na mnie krzyczeć? Lepiej powiedz, co ci się nie podoba tym,
którzy robią ci jedzenie.
Czyli kucharkom, które
z bliżej nieznanych powodów nienawidzą Michała. Zawsze się awanturują, że dzbanek
położył nie tam gdzie tzreba, czegoś nie odstawił itd. Jeśli tylko zdarzy się
jakaś katastrofa w ich małym kuchennym kosmosie ( ścierka zginęła, chleba
zabrakło itd)- krzycza, że zrobił to Michał, nawet jeśli inni tłumaczą im, że
Michała tego dnia w pracy nie ma.
Tak więc od tej pory
zawsze kiedy tylko Maria nie dostaje tego, czego chciała (czyli codziennie)
idzie awanturować się do kuchni. I tym sposobem Michał upiekł dwie pieczenie na
jednym ogniu.
|